Pierwszy raz w tym roku zabieram do plecaka krótkie spodenki. Kiedy startuję z Rabki jest koło zera ale im wyżej tym cieplej. Inwersja.
Dziś ostatni dzień starego czasu. Rozjaśnia się koło 5:00. Nie zabieram czołówki. Polany nad Rabką dają trochę odetchnąć. Przestrzeń, kolory – można by podziwiać ten poranek ale trzeba się rozgrzać. Truchtam nieśpiesznie, bez oczekiwań, bez obliczeń. Jedyne co zakładam to żeby jeść częściej. Co kilkanaście minut wrzucić coś do ognia żeby utrzymać równa poziom energii.

Za chwilę zmieniam długie spodnie na krótkie spodenki. Wiem że jeszcze kwiecień, że jeszcze może przymrozić ale chyba potrzebuję już tego ciepła na skórze. Potrzebuję witaminy D. Słońce wstaje niespiesznie. Krok za krokiem. Stare Wierchy i odbijam w lewo na Turbacz. Staram się dziś truchtać wszędzie nawet jeśli to oznacza trucht w momentach gdzie marsz byłby bardziej efektywny.

Dziś wybiegnę, wytruchtam, wyczłapię nawet na szczyt Turbacza. Czuję że to jeszcze na siłę, jeszcze ociężałe ale jednocześnie wiem że bez prób i błędów można tylko stać w miejscu. Truchtam pod strome podejście na niskim tętnie. Pewnie z zewnątrz wygląda to śmiesznie. Jakby mi ktoś dał zadanie domowe: Nie chodzić tylko biegać do południa. Ze schroniska zgarniam tylko wodę i ruszam czerwonym w stronę Przełęczy Knurowskiej żeby odbić czarnym do Łopusznej.


Zbiega się dziś bajkowo. Po śniegu który amortyzuje wszystkie wstrząsy można gnać nawet szybciej niż latem. Wtedy trzeba uważać na kamienie. Dziś roztapiający się śnieg wybacza wszystko. Sadzę długie kroki i za chwilę zawijam w Łopusznej znów pod górę w stronę Turbacza. Tu chwilę nie ma nawet truchtania bo jest dość stromo.
Wrzucam do pieca pieczone ziemniaki z wczorajszego obiadu. Że też nie wpadłem na to wcześniej. Dają dużo energii, nie są słodkie i super wypełniają żołądek dając poczucie sytości.
Prawie pod Turbaczem odbijam znów w dół do Łapsowej Polany. Myślę o porcji kuskusu z jabłkami i rodzynkami już od dłuższego czasu. Chwila moment i w końcu śniadanie. Dostaję wymarzony kuskus i siadam w słońcu. Aż mi głupio że tyle czasu zajęło mi wymyślenie żeby zabrać ze sobą miseczkę i łyżkowidelec, żeby się nie dokładać do światowego śmietnika. Nie lubię jak coś jest jednorazowe. Kuskus straszliwie słodki jak na moje receptory bo dostał mi się chyba odrobinię miodu, banana i kilka orzechów. Wylizuję łyżkowidelec i miseczkę i ruszam pod górę.
Szybko do Obidowej, potem spacer do Starych Wierchów i 8 km zbiegu do Rabki. Cieszę się temperaturą nabieram prędkości i muszę czasem przystawać kiedy prędkość schodzi mi poniżej 4 min/km zaczyna brakować mi oddechu. Czasem myślę że te ostanie kilometry to dobry moment na podniesienie sobie tętna.
Strava obcina czas wycieczki to tego kiedy się ruszałem. Nie bierze pod uwagę robienia zdjęć, przebierania, nabierania wody i kuskusu. Algorytmy wyliczają że pokonałem prawie 50km w prawie 6 godzin z przewyższeniem prawie 2000. Zadziwia mnie to. Wewnętrzny głos mówi mi że z tych 6 godzin jakieś 90% czasu truchtałem. Wolniej, szybciej ale jednak. Może tak właśnie zaczyna się wiosna we mnie.
