^^^^ …. …. …. …. …. …. …. …. …. …. …. ….
Mapa turystyczna pokazuje ponad 16 godzin tempem marszowym więc dzielę tę wartość przez pół. Startujemy o 4:00 z wsi o futurystycznej nazwie Chobot.
Zanim założę buty i plecak wyziębiają mi się znów dłonie. Od razu gubimy szlak i kilka razy skostniałymi palcami szukam w telefonie ścieżki prowadzącej na grzbiet z oznaczeniami. Na grzbiecie łapiemy szlak, jesteśmy już rozgrzani, dłonie odtajały. Czeka nas przynajmniej 3 godziny nocnego biegania zanim na horyzoncie zacznie się malować pomarańczowa łuna.
Jeszcze przed świtem mijamy śpiący Leskowiec. Droga momentami śliska, wiatr wzmaga się na odsłoniętych od drzew polanach. Na szczęście pośród drzew cichnie i jedyne co słychać to chrupanie butów na zmarzniętych resztkach śniegu.

Kiedy pojawia się na horyzoncie nadzieja na słońce, jestem już tak przyzwyczajony do nocy, że trudno mi uwierzyć we wstający powoli dzień. Trudno oderwać wzrok o tego porannego światła, które wciska się między każdą gałąź, każdą igłę niewzruszonych tym całym rytuałem drzew. Z dokładnością do kilku chwil to jedna z najdłuższych nocy w roku.
Zawsze mnie dziwiło, że w momencie kiedy w grudniu zaczyna przybywać dnia, nie zaczyna się jednocześnie wiosna. Więcej światła powinno oznaczać od razu wyższą temperaturę, roztopy, kwitnięcie. A to formalnie początek zimy w przyrodzie. Myślę o tym, że jest coś wyjątkowego w tym momencie, w tej małej zmianie, kiedy jedna minuta ubywa z nocy i przybywa do dnia. Może właśnie wtedy cała przyroda zaczyna się budzić, może rozpoznaje zmianę. Może pomysł na te wiosenne liście rodzi się w drzewie właśnie tej nocy.

Wojtek czyta biografię Jane Goodall więc opowiada o zmianie jaka zaszła w nauce, kiedy Jane odkryła że nie tylko ludzie potrafią używać narzędzi, że nie tylko ludzie mają emocje i uczucia. Przypomina mi się Zach Buch wspominający, że nasz genom składający się z 20 000 genów nie jest daleko bardziej skomplikowany od genomu muszki owocówki, która może pochwalić się 13 000 genów.

Truchtamy przyglądając się tym wszystkim nieoczywistym zjawiskom, które dzieją się niezależnie od tego czy ktoś patrzy czy nie. Wiatr usnął i cała przyroda odpoczywa w bezruchu. Mgły przesuwają się ostrożnie w dolinie, od czasu do czasu rozmywając wyraźną już tarczę słoneczna. Możemy dzięki temu chwilami patrzeć prosto w słońce.

Nadkładamy kilkaset metrów. Trafiliśmy na lokalny trójkąt bermudzki i z niewiadomych przyczyn idziemy pod górę zamiast zbiegać. Domek na wzgórzu odczytany z pamięci, porównany z bieżącym obrazem pochodzącym z oczu daje sygnał do zatrzymania się i zorientowania w sytuacji. Pochłonęła nas rozmowa więc szlak był przez chwilę tylko ilustracją do wymiany myśli.

Na 32 kilometrze (Przełęcz Kocierska) wypijamy herbatę i kawę. Mamy już 4:30 w nogach a piliśmy nie wiele bo się w zimie nie chce pić ani picia nosić. Słońce wita nas iluminacjami, obok których trudno przejść obojętnie. Zastygamy w zdumieniu i zachwycie.
Za chwilę drapiemy się na Potrójną. Na szlaku pojawiają się ludzie. Co kilka chwil para, rodzina, grupki, psy. To pocieszające że jednak są ludzie którzy szukają ucieczki od 2020 roku w lesie, na ścieżkach.

Potrójna
Wojtek dzwonił wcześniej do schronisk na trasie i w Chatce na Potrójnej pojawiła się obietnica ciepłej zupy i drożdżówki z pieca. Chyba cała trasa jak na razie motywowana była właśnie tą obietnicą. Kiedy wchodzimy do środka jedna blacha drożdżówek z serem już się chłodzi a druga, z powidłem śliwkowym właśnie wyszła z pieca. Zanim podgrzeje się zupa ogórkowa pochłaniamy drożdżówki. Powidło śliwkowe parzy podniebienie. Jakieś dobre duchy czuć w tej chatce. Takie ze spracowanymi rękami, a jednocześnie spokojnym sercem i głową.
W drodze powrotnej do Chobota przez Leskowiec już tłumnie. Robi się cieplej więc i ja w końcu ściągam koszulkę aby nałapać witaminy D. Ktoś na Leskowcu robi nam zjęcie.
Panowie. Czy mogę wam zrobić zdjęcie jako przejaw wyższej kultury fizycznej?
# Co mówią ludzie.
Jeszcze kilka kilometrów zbiegu do Chobota. Czujemy w nogach tę trasę. Niby Beskid Mały a jednak uzbieraliśmy sporo pionowych metrów. W nagrodę czeka na nas w samochodzie mrożony sok ze świeżych owoców. Zaskakuje mnie że pomarańcze w takiej sytuacji smakują chyba nawet lepiej niż w środku lata.

