^^^. …. …. …. …. …. …. …. …. …. …. …. ….
Do Ochotnicy mam 2 godziny drogi, więc żeby się wyrobić przed południem, wstaję chwilę po 2:00. Czas się znów rozłazi. Zakładanie skarpet pięciopalczastych oraz doniesienie do samochodu kubka z yerba mate zaraz po obudzeniu jest chyba jednym z zadań na egzaminach do Navy Seals. Budzę się dopiero na obwodnicy Krakowa.
Zostawiamy samochody w mroźnej dolinie i żwawo truchtamy w stronę Lubania. Testuję nowe rękawice. Połączenie kurtki puchowej z bandażami, które zakładał Rocky Balboa wychodząc na ring. Jestem zachwycony bo są ciepłe a jednocześnie dodają animuszu.
Wdrapujemy się na grzbiet pod Lubaniem całkiem sprawnie. Jakoś inaczej płynie czas kiedy celem jest rozgrzanie się a nie pokonanie odległości. Wyszliśmy ponad chmury. Między konarami drzew przebijają się gwiazdy i kawałek księżyca w kształcie litery C.
Przełęcz Knurowska – miejsce mocy
Nie pamiętam szlaku zbyt dobrze, a jednocześnie czuję się tu jakbym był z okolicy. To najwyraźniej musi być prawda, że emocje wpływają w zasadniczy sposób na pamięć i postrzeganie. Już ponad rok temu leciałem tym szlakiem podczas mojej najlepszej przygody biegowej (UTM 170). Uśmiecham się do tamtych wspomnień.
Miałem w nogach 80 km i 90 przed sobą. Tylko i aż informacja sprawiła, że wstąpił we mnie nowy duch. Duch przygody, nadziei, ochoty. Taki który nadaje sens kolejnym krokom, zmienia perspektywę, zmienia 80 kilometrów w rozgrzewkę a 90 km w zabawę. Nie wypiłem wtedy skoku z gumijagód, nie odurzyłem się żadną substancją. Zmieniam perspektywę z „jakoś mozolnie się doturlam kiedyś do mety”, „muszę sprawdzić jak to jest walczyć o podium – to może mi się nie zdążyć już w życiu”. To najmocniejsze jak dotąd dla mnie doświadczenie obiektywizujące moje patrzenie na mnie.
Na Turbaczu zamawiamy ciepłą zupę i szarlotkę.

Mgła w dolinach
To już czwarty raz z kolei kiedy w nocy przebijam się przez mgłę i myślę, że tam wyżej, w górach będzie mało widać, będzie wiać, że trzeba będzie w mgle szukać szlaku. Jednak mgła jest tylko w dolinach. Wyższe pagórki wystają z niej jak wyspy na oceanie wystają z wody. Banalne „pogoda zawsze jest” powtarzane przez geografa w liceum, wydaje się teraz jakąś prawdą metafizyczną.
Myślę o tym, że dom z panelami fotowoltaicznymi na dachu miałby sens właśnie tutaj – ponad mgłami. Myślę o tym, że sam jestem panelem fotowoltaicznym i to, że mogę złapać światło na skórze w grudniu jest piękne i dające mocy. Ściągam koszulkę.

Ale ciepło
Wojtek zazwyczaj ściąga koszulkę jeszcze przed wschodem słońca. Ja odważam się kiedy mam pewność że samochód z ciepłą kurtką jest w zasięgu 10-15 kilometrów. Ludzi na szlaku sporo. Niektórzy obrzucają nas spojrzeniem pukającym nas i ich w głowę, inni wyrazami.
Próbujemy sobie nazwać właściwie dlaczego w grudniu, w górach, gonimy w samych gaciach i rękawiczkach. Oprócz analogii fotowoltaicznych, witaminy D, budowaniu odporności, pojawia się myśl i przeczucie o namacalnym doświadczeniu kontaktu z lasem, słońcem, powietrzem. Pod Gorcem co raz więcej ludzi więc, negliżowanie się takich okolicznościach dodaje temu doświadczeniu dodatkowy aspekt wariactwa i konfrontowania się z tym „co sobie kto pomyśli”.

Zbiegając do doliny wkraczamy znów w strefę mgieł. Mgła oblepia skórę. Wilgoć wyostrza zmysły. Wojtek zaczepia policzkiem o jakiś krzak i zupełnie tego nieświadomy krwawi spektakularnie acz niegroźnie. Ktoś w dolinie widzi go bez koszulki z krwią na twarzy. Potem dopiero kojarzymy fakty, że ktoś oferował mu chyba pomoc na co odpowiedział z uśmiechem „Damy radę”.

